Odzyskuję cząstkę siebie.
Ostatnio zbierając myśli, bardzo długo myślałam nad tym co powinnam zrobić ze swoim życiem. Pewne sytuacje, które ostatnio zaszły w naszym życiu postawiły mnie przed jednym prostym pytaniem. Brniesz w to dalej, czy bierzesz głęboki wdech, nie patrząc w tył zmieniasz wszystko- dosłownie wszystko?
Choć się wahałam, dzisiaj już wiem, że była to pierwsza od dawien dawna decyzja, która zasługuje przynajmniej na oklaski!
Choć brzmi to wszystko pięknie, ładnie to uwierzcie, że oszczędzam wam bardzo dużo szczegółów. Myślałam, że w nagrodę za wybranie dobrej drogi dostanę chociaż "last minute noł stressing", ewentualnie zaliczę chociaż weekendowy dance qłłiiiin, rock and roll i kac wawę. Ah lekko mówiąc zdenerwowałam się, że nie przewidziano głównej nagrody dla zwycięscy, ale... czekała na mnie NAGRODA PUBLICZNOŚCI. Przebiła wszystko. Spokój, dobro, miłość, ciepło i wsparcie. O tak! Wolę być tu gdzie jestem, ale mieć ich blisko siebie.. Niż być Sama na szczycie. Mam wspaniałą publiczność, małą, skromną, ale oddaną.
Po wielu negocjacjach z samą sobą.. Pytań, bez odpowiedzi... Stwierdzeń, zaprzeczeń, myślników i gwiazdek... Doszłam do pewnych wniosków.
Tak naprawdę, słyszałam gdzieś już z trybun to na co sama wpadłam tak późno.. Ale bycie Zosią Samosią do czegoś tam zobowiązuje.
Powrót do pisania, a czasem też do fotografii nie wziął się z powietrza. Historia tego jest trochę dłuższa niż post, który czytacie i poświęcę na to osobny wpis. A zaszaleję, szarpnę się.
Moje życie zmieniło się o 180 stopni w każdej możliwej kategorii. Gdybym prowadziła sumienny pamiętnik i każdego dnia opisywała swoją przygodę to pewnie Tolkien napisałby książkę, a Vega zbił fortune na filmie.
Lekcja pierwsza, zapisuj częściej to co piszesz, bo jesteś gapą Paula i Twoje wypociny się zmarnowały, a ciśnienie znacząco skoczyło do góry!
Lekcja druga i kolejna, są już bardziej przydatne w życiu.
W moim życiu. Nie wiem czy będą one przydatne dla innej osoby. Nawiązując więc do lekcji pierwszej- UCZ SIĘ NA BŁĘDACH, tak, więc lekcja druga i kolejna to nauki, które dały mi w kość, o wiele bardziej niż historia w gimnazjum. :)
A jak AKCEPTACJA. OK, też to widzę, brzmi banalnie i jest to oklepane. Szczerze ja też robię minę pt "bicz aj em boss", jak oglądam, czytam jakąś pindę, która krzyczy: pokochaj siebie, odłóż problemy na bok, życie jest piękne!!! A Ty sobie myślisz. Tak kuźwa jest cudowne, jakbym miała wyrzeźbione ciało skalpelem to też bym tak skakała, a jak bym widziała ile mi wpływa na konto to nawet i bym zagwizdała!
Mi do Akceptacji swojego wyglądu jeszcze brakuje.
Przez ostatnie 3 lata musiałam POGODZIĆ SIĘ, z czymś co zmieniło mnie, moją osobowość, moje ambicje. To coś nie lubiło nikogo, sprawiło, że miałam żal do siebie jako do matki, i sprawiało, że bycie niegrzeczną napawało mnie dumą. Ta cholera PADACZKA. Od niedawna jestem w stanie powiedzieć, jestem chora. Przyznać się do tego, że czasem potrzebuję pomocy, dłuższego snu, więcej chwil do namysłu. Potrafię dopiero teraz przyznać, że moja pamięć jest słaba, a każde nieprzemyślany, często niepotrzebny atak słowny w moją stronę, kończy się atakiem w mózgu. Dążąc całe życie za ideałem, wpatrzona w dziewczyny z klasy, które zawsze były szczupłe, wysokie, bez pryszczy, a zakładając worek na ziemniaki wyglądały jak miss, nie dopuszczałam do siebie myśli, że padaczka oddala mnie od ideału. Zawsze ta grubsza, pryszczata, bez gustu. Nie miałam okazji ale podejrzewam, że w wieku 12-16 lat ubierając suknię za mylion i tak wyglądałabym jak śledź. Nie wyolbrzymiam. Byłam brzydkim kaczątkiem. Kolejna "wada" była dla mnie jak cios. W poprzedniej pracy szefowej o "TYM" powiedziałam na ucho, błagając ją o zachowanie tajemnicy. W domu jeśli ktoś coś wspomniał, wypowiedział zakazane słowo musiał liczyć się z awanturą i fochem.
Dzisiaj wiem, że mój mózg miał lekkie zwarcie i potrzebny był mu bardzo dokładny format systemu.
To chore, ale ta cała padaczka jakby chciała panować na de mną. Za żadne skarby nie byłam w stanie nawet sama dla siebie zasięgnąć wiedzy, popytać. Jak miałam zadzwonić do lekarza w mojej głowie pojawiał się taki diabełek, łapał się za ogonek i mówił "stara, oni sami muszą się leczyć. Są zazdrośni o to, że brzydkie kaczątko to przeszłość a teraz... Jesteś najbardziej sexi wersją samej siebie!". On mówił jeszcze mi inne rzeczy ale uff pozwolę, że zachowam to dla siebie.
Jak cudem miałam umówioną wizytę, to tego dnia miałam taką serię ataków, że określenie roślinka jest przykre, ale trafnie. Przypomina wam to coś?
Ta, nawet powstał o tym film. Mój "ulubiony" gatunek - Horror.
Tak żeby ładnie podsumować osoby z padaczką często zachowują się jak opętane, w różnym stopniu co prawda ale jednak. I to nie Hitler, Lucyfer czy Belzebub jest groźny. Jeśli wierzymy to mamy gdzie wołać o pomoc. Przy tej francy padaczce niedrgawkowej z epizodami utraty świadomości nie chcesz nic. Chcesz spać i nigdy się nie obudzić.
Ta lekcja była dość obszerna, ale próbowałam nie raz-krócej się nie da.
LEKCJA trzecia, to cenny CZAS.
Nigdy go nie odzyskam. Nie oddam córce miesięcy, roku czy dwóch lat matki, którą miała zanim pojawił się pierwszy atak. Nie cofnę czasu, bo nie chcę cofać.
Byłabym w pełnej irytacji gdybym cofnęła czas, naprawiła pewne błędy, wróciła do czasu teraźniejszego i zamiast tego szczęścia, które odzyskuje miałabym, no sory-kupę. Babcia, moja najlepsza przyjaciółka, Anioł który się mną opiekuje z wysoka, moja Alinka, mówiła "zawsze coś dzieje się po coś. Jeśli nawet bardzo jest teraz źle to za jakiś czas sama przyznasz, że tak musiało być". A co jest piękne dzisiaj w nocy dokładnie, te same słowa powiedziała mi moja Ola, która jest moją bratnią duszą. Koleżanka z klasy od 16,17 lat? Mimo odległości, czasem miesięcy, lat bez żadnego kontaktu na nowo gdzieś złączone. Jeśli musiałam przejść przez to żeby w Oli odkryć przyjaciółkę, to kurde Boże było warto.
Kolejne lekcje? Przyjdą z czasem. Pewnie nie raz otrzymam jeszcze takiego kopniaka, że siarczyste, polskie k.mac to będzie najdelikatniejsze co mi przyjdzie do głowy. Tylko, że.. To ma każdy z nas. Ludzie boją się rozmawiać o swoich niepowodzeniach, a inni nad wyraz wręcz udają, że mają sielankę a zamiast bąków puszczają brokatowy pyłek. Nieskazitelne białe wnętrza, dzieci, które są ubrane w białą sukienkę za kwotę wyższą niż pół Twojej szafy (chyba, że tak jak ja jesteś Lumpeksquuuiiin, to kwotę wyższa niż cała szafa) w ulewny dzień pełen błotka, a biel sukienki na zdjęciach mógłby reklamować Wizir.. Patrzysz wtedy na tą swoją białą, kuchnie odbitymi łapami bo też chciałaś mieć połysk. Twoje dzieci urabane nutellą uciekają w za dużych ciuchach po starszym rodzeństwie na dwór znikając w otchłani błota i deszczu. I jak chora patrzysz na tego instagrama, zazdrościsz i nie weźmiesz pod uwagę, że tam oglądasz tylko pozowane zdjęcia. Często jedno wybrane, wypucowane graficznie spośród 300 zrobionych. Nie widzisz zmęczenia tej dziewczynki w bialej sukience, bo mama każe jej pozować w deszczu. Stoi grzecznie bo będzie nagroda. Ale ta dziewczynka napewno chciałaby żyć w nieidealnej rodzinie, niż w scenariuszu pełnym fałszu.
To ostatnia lekcja.
Ucze się powoli żyć. Na nowo.
Dla niej.
Alicjo, mam nadzieję, że razem stworzymy tu coś wyjątkowego.
To dla Ciebie moja córko.


Komentarze
Prześlij komentarz